Archiwa tagu: Tajlandia

Bieganie to zwiedzanie. Sport w podróży

Najlepiej funkcjonuję psychicznie i fizycznie, kiedy co kilka dni uprawiam jakiś sport. Na miejscu w Pradze to nie problem – jest fitness z różnymi zajęciami, szkoła taneczna, sauna, jeżdżę codziennie na rowerze. Ale co w podróży?

W czasie wyjazdów przez wiele lat brakowało mi ruchu, bo często zwiedzam też miasta, a spacer to nie to samo, spędzam dużo czasu w autobusach czy pociągach. Co z tym zrobić?

Odpowiedź okazała się banalna. Czytaj dalej Bieganie to zwiedzanie. Sport w podróży

Święta i Sylwester w podróży – medytacja Vipassana

Bez choinki, bez ciasteczek, bez prezentów, bez śniegu. Pierwszy raz spędziłam Boże Narodzenie solo dwa lata temu w portugalskim Porto. Miałam dość napięty budżet, więc na kolację wigilijną jadłam ugotowane w hostelu spaghetti z sosem pomidorowym, chwilę potem rozmawiałam z rodziną na Skajpie. Po biednemu? Ja byłam przeszczęśliwa.

Samotna? Bzdury – dlaczego miałabym być bardziej (mniej) samotna podróżując w Święta niż, powiedzmy, 28 marca? Czułam się wyjątkowo, bo wszystko było inaczej niż „powinno“. W dzień grzałam się na słońcu przy tanim i pysznym espresso, zwiedzałam, gawędziłam z ludźmi w hostelu, czytałam albo postowałam na fejsie. Wieczorem spacerowałam chłodnymi ulicami miasta, robiłam zdjęcia, słuchałam muzyki. A przede wszystkim podglądałam ludzi, jak w czapce niewidce byłam obok, przybysz z innego świata.

Piszę ten tekst ostatniego dnia pobytu w Laosie. Większość w kraju stanowią wyznawcy buddyzmu, więc świąt tu nie widać. Chyba, że w „międzynarodowym” banku, który przy wejściu umieścił jakiś biedny łańcuch i twarz Santa Clausa. Chyba, że w hostelu, gdzie współlokatorka obok suszących się skarpetek i majtek powiesiła dwie fioletowe bombki.

Czas dzielę między podróż i zdalną pracę. Za ponad tydzień będę w Tajlandii, konkretnie w Chiang Mai, mieście owładniętym przez obcokrajowców. Niektórzy przed czymś tu uciekają, inni nie wiedzą co zrobić z życiem, szukają definicji wolności, nowego sposobu na życie, a między tym gdzieś ja. W Chiang Mai byłam miesiąc temu na treningu boksu tajskiego, trochę się zadomowiłam, poznałam ciekawego mężczyznę. Chciałam wrócić. To wracam. Mam jeszcze kilka tygodni przed powrotem do Europy. Czytaj dalej Święta i Sylwester w podróży – medytacja Vipassana

Boks tajski. Chiang Mai

Po zakończeniu tygodniowego obozu boksu tajskiego, pojawiłam się w siłce w niesportowym ubraniu i z aparatem.

Na zdjęciach kilka faz treningu: bieganie czyli rozgrzewka, tzw. shadow czyli ćwiczenie ruchów przed lustrem, uderzenia, kopy w rękawicach i z workami.

Zabrakło niestety sparingu, który wymieniony był za naukę wai khru, rytuału, od którego zaczyna się walkę.

Morze czerwonych lotosów. Talay Bua Daeng. Tajlandia

Niewielka łódka prowadzi nas granatowymi korytarzami wyznaczonymi w połaciach różowych lotosów. Silnik gaśnie, a drewniane burty zanurzają się delikatnie w dywanie kwiatów. Tak właśnie wyobrażałam sobie koniec świata.

Moją ukochaną książką w dzieciństwie były „Opowieści z Narnii”. Przeczytałam ją w wieku 6-7 lat z wielkimi plastikowymi okularami na nosie. Nigdy do niej nie wróciłam. Obejrzenie filmu odpada – zniszczyłoby moje wyobrażenie najintensywniej zapamiętanych scen. Mogłabym wrócić do lektury, ale boję się, że wyda mi się zbyt infantylna.

Po ponad dwudziestu latach ciągle mam w głowie fragment o końcu świata – bohaterowie płynęli łodzią wśród morza kwiatów.

Zupełnie jak my pływając po tajskim jeziorze Talay Bua Daeng. Morze Czerwonych Lotosów (Red Lotus Sea) znajduje się ok. 40 km na południowy-wschód od Udon Thani. Co roku w okresie zimowym kwitną tutaj miliony ciemnoróżowych kwiatów. W pełnej okazałości można zobaczyć je wyłącznie rano.
Czytaj dalej Morze czerwonych lotosów. Talay Bua Daeng. Tajlandia

Jeśli nie umrę na rowerze w Tajlandii, będę żyła wiecznie (bo do Wietnamu się nie wybieram)

Nie wiedziałam, że miesiące praktyki jako pieszy (piesza) w azjatyckich krajach przydadzą się w czasie jazdy w ruchu. To temat rzeka. Bo wyobraź sobie chmarę skuterów w Wietnamie. Nie dziesięć, ale 50 sunących nieprzerwanym nurtem w rzędach po 7-13 czy na ile pozwoli szerokość jezdni. A potem jesteś Ty. I jedyny sposób, żeby przejść to wejść w tę chmarę z duszą na ramieniu. A dusza podpowiada „nie zatrzymuj się, wtedy będą zaskoczeni i w Ciebie wjadą, idź płynnie, to elegancko Cię wyminą 10 cm od stopy”. Nie należę do cykorów, ale w Sajgonie czy Hanoi było to na tyle przerażające, że przez cały dzień starałam się przechodzić przez ulicę jak najmniej. Poważnie. W Tajlandii jest mniej hard-corowo, ale przechodzenie przez ulicę podsumować można jednym wyrażeniem „wymuszanie pierwszeństwa”. To jedyny sposób. Trzeba po prostu zaznaczyć z przytupem swoją obecność i nie odpuszczać. W rezultacie okaże się, że to łatwiejsze niż się wydaje (do pierwszego wypadku).

Od kilku dni pomykam między skuterami i samochodami na wypożyczonym seledynowym rowerze z łańcuchem tak zardzewiałym, że mógłby pożyczać pigmentu zachodom słońca. Jest wiatr we włosach, za którym fanatyczne tęskniłam, niezależność i najlepszy punkt widzenia. Póki co nie widziałam jeszcze ani jednego znaku drogowego, może źle patrzę, może przyćmił go fakt, że jakieś tam zasady ruchu drogowego stosuje się tutaj z dużą dozą dystansu. Nie mam zielonego (seledynowego) pojęcia jak w ciągu kilku minut zżyłam się z tą dziwną falą pojazdów. Naśladując Tajów robię manewry, na które nigdy bym sobie nie pozwoliła w Pradze. A jeśli już, to zostałabym solidnie wygwizdana przez wszystkie pojazdy w promieniu 500 m.

20161124_101151

Na skrzyżowaniu równoległym (czyli chyba wszystkie w Chiang Mai) pierwszeństwo ma ten kto się zmieści. Wjeżdżanie na czwartego to standard, ale zwalam to na popularność skuterów i motorów, które po prostu zmieszczą się obok siebie. Zatrzymywanie się na czerwonym świetle? A po co, skoro skręcam w lewo i nie ma akurat wmuszającego się na jezdnię pieszego? Najbardziej rozwala mnie, że włączając się do ruchu często w ogóle nie popatrzą co dzieje się za nimi. Może to wrodzona tajska intuicja, a może to ten na drodze powinien z zasady uważać na wjeżdżających równolegle/z boku? Wczoraj jeden tuk-tuk wyprzedzi mnie tylko po to, żeby 5 m dalej zaparkować. Czytaj dalej Jeśli nie umrę na rowerze w Tajlandii, będę żyła wiecznie (bo do Wietnamu się nie wybieram)

Uderzyłam dziś dziewczynę. Tajski boks – dzień pierwszy i najdłuższy

5:50 pobudka. Jeszcze po ciemku i z trzema współlokatorami w pokoju, więc po omacku (macałam tylko swoje rzeczy, przysięgam) udało mi się naciągnąć leginy, ogarnąć uzębienie i znaleźć opakowanie z owocami na śniadanie.

6:30 wychodzę z domu hostelu. Po drodze obrzydliwie słodka kawa ze sklepu 7 Eleven i mapa w ręce. Trening zaczyna się za godzinę, ale mam do przedreptana ponad 3 km czyli ok 40-45 min. O ile się nie zgubię.

7:00 mijam pierwszych mnichów w pomarańczowych szatach. Każdy z nich niesie coś co wygląda jak pękaty garnek z paskiem – zbierają do tego jedzenie przekazywane za darmo przez mieszkańców.

7:20 zgodnie z prośbą przychodzę chwilę wcześniej, ale szefo, który się tym nie zajmuje w sumie w ogóle ze mną nie rozmawia i nic nie mówi. Siedzimy sobie 10 min. w ciszy. Jakiś czas temu zniknęła mi potrzeba zapełniania ciszy w takich momentach. Nie produkuję się. Czekam. Ale zaczynam się stresować, bo jestem tu sama.

7:31 przychodzi pierwsza osoba i do tego dziewczyna (yuuupii!!!!) . Kamień spadł mi z serca, jej też. „Moje prośby zostały wysłuchane, przyjechała jakaś dziewczyna, super” mówi na powitanie. Ja tez się cieszę. W czasie treningu trochę się mną zajmowała – pokazywała gdzie jest sprzęt, tłumaczyła co robimy. Czytaj dalej Uderzyłam dziś dziewczynę. Tajski boks – dzień pierwszy i najdłuższy

Full Moon Party. Miała być tandeta. Był czad i tandetne zdjęcia.

– Mam nadzieję, że nie masz ze sobą paszportu? – z nieco przerażoną miną zapytała mnie dziewczyna z recepcji hostelu w momencie, kiedy wsiadałam do spóźnionego godzinę minibusa. Wyraz twarzy powtórzył się, kiedy usłyszała, że do hostelu wróciłam grubo po 7 rano.

Sławetne Full Moon Party odbywają się na Haad Rin, południowej plaży „backpackerskiej” wyspy Ko Phan Ngan. Nie mają nic wspólnego z tajską kulturą czy religią. Od samego początku były wymyślona przez turystów dla turystów. Zaczęły się jako kilkudziesięcioosobowa impreza w jednym z hosteli, dziś na wyspę co miesiąc ściąga od 5 do 30 tys. osób.

Praktyczne info na końcu tekstu Czytaj dalej Full Moon Party. Miała być tandeta. Był czad i tandetne zdjęcia.