Archiwa tagu: rower

Wyjazd rowerowy – co zabrać?

Kilka tygodni temu pierwszy raz pakowałam się dłuższy wyjazd rowerowy. Dla podobnych amatorów przygotowałam więc praktyczny tekst, o tym co zabrać ze sobą na „wczasy FIT“.

Tak, hasło wczasy FIT towarzyszyło nam przez cały wyjazd – lekko ironiczne, lekko oldskulowe, idealne. Jeszcze nigdy nie byłam na takim intensywnie sportowym wyjeździe – w ponad tydzień przejechałyśmy ponad 600 km po białoruskich bezdrożach.

Jeśli macie jakieś pomysły lub sugestie – piszcie!

W co pakujemy?

Zacznijmy od banałów, o których może nie wie totalny amator – pakujemy się w sakwy, czyli wodoodporne wory, które zawiesza się na tylnym bagażniku. Jeśli Twój ukochany rumak nie ma bagażnika – czas go zainstalować!

Korzystałyśmy z sakw Crosso polskiej firmy z Białegostoku. Komplet dwóch sakw (pakujemy tak, żeby ważyły mniej więcej tyle samo) można na Allegro kupić już za 200 pln. Albo pożyczyć – rzućcie posta na FB i na pewno jakaś dobra dusza się znajdzie. Czytaj dalej Wyjazd rowerowy – co zabrać?

Reklamy

Jeśli nie umrę na rowerze w Tajlandii, będę żyła wiecznie (bo do Wietnamu się nie wybieram)

Nie wiedziałam, że miesiące praktyki jako pieszy (piesza) w azjatyckich krajach przydadzą się w czasie jazdy w ruchu. To temat rzeka. Bo wyobraź sobie chmarę skuterów w Wietnamie. Nie dziesięć, ale 50 sunących nieprzerwanym nurtem w rzędach po 7-13 czy na ile pozwoli szerokość jezdni. A potem jesteś Ty. I jedyny sposób, żeby przejść to wejść w tę chmarę z duszą na ramieniu. A dusza podpowiada „nie zatrzymuj się, wtedy będą zaskoczeni i w Ciebie wjadą, idź płynnie, to elegancko Cię wyminą 10 cm od stopy”. Nie należę do cykorów, ale w Sajgonie czy Hanoi było to na tyle przerażające, że przez cały dzień starałam się przechodzić przez ulicę jak najmniej. Poważnie. W Tajlandii jest mniej hard-corowo, ale przechodzenie przez ulicę podsumować można jednym wyrażeniem „wymuszanie pierwszeństwa”. To jedyny sposób. Trzeba po prostu zaznaczyć z przytupem swoją obecność i nie odpuszczać. W rezultacie okaże się, że to łatwiejsze niż się wydaje (do pierwszego wypadku).

Od kilku dni pomykam między skuterami i samochodami na wypożyczonym seledynowym rowerze z łańcuchem tak zardzewiałym, że mógłby pożyczać pigmentu zachodom słońca. Jest wiatr we włosach, za którym fanatyczne tęskniłam, niezależność i najlepszy punkt widzenia. Póki co nie widziałam jeszcze ani jednego znaku drogowego, może źle patrzę, może przyćmił go fakt, że jakieś tam zasady ruchu drogowego stosuje się tutaj z dużą dozą dystansu. Nie mam zielonego (seledynowego) pojęcia jak w ciągu kilku minut zżyłam się z tą dziwną falą pojazdów. Naśladując Tajów robię manewry, na które nigdy bym sobie nie pozwoliła w Pradze. A jeśli już, to zostałabym solidnie wygwizdana przez wszystkie pojazdy w promieniu 500 m.

20161124_101151

Na skrzyżowaniu równoległym (czyli chyba wszystkie w Chiang Mai) pierwszeństwo ma ten kto się zmieści. Wjeżdżanie na czwartego to standard, ale zwalam to na popularność skuterów i motorów, które po prostu zmieszczą się obok siebie. Zatrzymywanie się na czerwonym świetle? A po co, skoro skręcam w lewo i nie ma akurat wmuszającego się na jezdnię pieszego? Najbardziej rozwala mnie, że włączając się do ruchu często w ogóle nie popatrzą co dzieje się za nimi. Może to wrodzona tajska intuicja, a może to ten na drodze powinien z zasady uważać na wjeżdżających równolegle/z boku? Wczoraj jeden tuk-tuk wyprzedzi mnie tylko po to, żeby 5 m dalej zaparkować. Czytaj dalej Jeśli nie umrę na rowerze w Tajlandii, będę żyła wiecznie (bo do Wietnamu się nie wybieram)

9 notatek – jak jeździć na rowerze po mieście i przeżyć

Mniej więcej rok temu porzuciłam komunikację publiczną i na dobre przesiadłam się na rower. Początki były często dość stresujące. Teraz nie wyobrażam sobie innego poruszania się po mieście.

Spisałam więc kilka najważniejszych rzeczy, które chciałabym usłyszeć przed moim miejsko-rowerowym debiutem. Inspiracją była też zeszłotygodniowa debata zorganizowana w Pradze przez REKOLA, z której pochodzą zdjęcia w tekście.

Co to są REKOLA – czytaj w tekście „Różowa napędowa. Pierwszy czeski bikesharing

dsc_1940

Pamiętaj. Jesteś uczestnikiem/czką ruchu drogowego i masz takie same prawa jak samochód – pozbądź się więc uczucia, że komuś przeszkadzasz i musisz „chować się” przyklejony/a krawężnika. Patrząc na to demokratycznie – w przeważającej większości samochodów poruszających się po mieście jest tylko jedna osoba. Samochody smrodzą i zajmują dużo miejsca, więc z mojej perspektywy rowerzysta jest bardziej „moralnie” uprzywilejowany…ale to już dyskusja na inną okazję. Ale także. Masz może takie same prawa, ale nie masz wokół siebie metalowej obudowy. Jesteś o wiele bardziej wrażliwy na wszelkie urazy. Na samochodzie nie zostanie nawet zadrapanie, ale ty możesz stracić równowagę, odrapać się lub połamać. Dlatego myśl nie tylko za siebie, ale też za kierowców.

Kilka zasad do zapamiętania: Czytaj dalej 9 notatek – jak jeździć na rowerze po mieście i przeżyć

Różowa napędowa. Pierwszy czeski bikesharing

Na różowo. Tak chciałam pomalować mój rower. dopóki nie okazało się, że w Pradze jest minimalnie 300 kolejnych w tym kolorze – każde ma inne imię, ale wszystkie wspólne nazwisko – Rekola.

Pierwszy czeski bikesharing rozpoczął swój trzeci oficjalny sezon dosłownie kilkanaście godzin temu w warsztacie w praskich Holešovicach. Rekola to połączenie nowych technologii, współdziałania społeczności lokalnej i recyclingu („kolo” to po czesku „rower”, „re” jest już jasne). Różowe rowery można zobaczyć głównie w Pradze, gdzie w zeszłym roku przejechały w sumie aż 54 tys. km, ale także w mniejszych czeskich miastach – w Brnie, Ołomuńcu czy w Czeskich Budziejowicach.

Moje ukochane Rekola nie przypominają jednak systemów takich jak Veturilo w Warszawie, gdzie jeździ się na mało zgrabnych rowerach z reklamami wypożyczanych ze drogich w obsłudze stacji. Rekolo można przypiąć do słupa, barierki, stojaka, gdziekolwiek. Wszystko przy użyciu aplikacji na smartphony. Czytaj dalej Różowa napędowa. Pierwszy czeski bikesharing