Archiwa tagu: podróże

Laos. Notatki z podróży

Laos to góry obrośnięte gęstą zielenią. I ruda ziemia wysypująca się kurzem na kawałek asfaltu, który podobno jest drogą do Phonsavan. Jadę lokalnym autobusem. 261 km w grubo ponad 6 godzin. Droga wije się jak zwariowana, a ja po prostu siedzę i patrzę przez okno.

Lubię długie podróże autobusem. W ciągu nocy śpię i śnię. W dzień myślę, czasem czytam (o ile na koleinach nie wbijam się głową w sufit busika). Słucham tych samych albumów po raz setny. Dosłownie. Gdybym zamiast odtwarzacza mp3 miała winyla, byłby tak zużyty i poszkrabany, że przeskakiwałby co kilkanaście sekund. Dla wielu długa podróż autobusem to męka. Ja uwielbiam. To jedna ważna składowa esencji podróży. To bufor, którego czasem brakuje, kiedy z pracy wskakuję w samolot i za chwilkę jestem gdzieś indziej.

Kilka dni wcześniej. Dopiero na dworcu w przygranicznej wiosce Huay Xai okazało się, że nocny autobus do Luang Prabang to sleeper. Jedzie się na leżąco, jest kocyk (pachnie okej, sprawdziłam) całkiem wygodnie, choć długość siedzenio-łóżek zaprojektowana dla Azjatów, nie dla średniowysokich Europejek. Pierwszy raz z takim transportem spotkałam się w Wietnamie. Wtedy jednak autobus miał na dwóch poziomach po trzy rzędy – każdy miał swoją kapsułę oddzielona od innych śpiochów przestrzenią. Tutaj dwa rzędy po dwa łóżka, więc dosłownie leży się ramię w ramię. Ja podróżuję samotnie, przez 20 min. przed wyjazdem rzucam okiem znad książki, typując z kim spędzę dzisiejszą noc. Kilka minut przed odjazdem wpada grupa turystów. Trafia mi się Belg. Ładnie pachnie, będzie dobrze.

W przejściu dopychane są bagaże – trzeba po nich chodzić, żeby znaleźć swoje miejsce. Na koniec wchodzi reszta Tajów, która wcześniej czekała przy wejściu – jadą na siedząco w przedniej części, tańsze bilety? Last minute? Zakręty wywracają ich żołądkami, a większość pad thai z kolacji ląduje w foliowym woreczku. Współczuję. I zasypiam.

Czytaj dalej Czytaj dalej Laos. Notatki z podróży

Boks tajski. Chiang Mai

Po zakończeniu tygodniowego obozu boksu tajskiego, pojawiłam się w siłce w niesportowym ubraniu i z aparatem.

Na zdjęciach kilka faz treningu: bieganie czyli rozgrzewka, tzw. shadow czyli ćwiczenie ruchów przed lustrem, uderzenia, kopy w rękawicach i z workami.

Zabrakło niestety sparingu, który wymieniony był za naukę wai khru, rytuału, od którego zaczyna się walkę.

Morze czerwonych lotosów. Talay Bua Daeng. Tajlandia

Niewielka łódka prowadzi nas granatowymi korytarzami wyznaczonymi w połaciach różowych lotosów. Silnik gaśnie, a drewniane burty zanurzają się delikatnie w dywanie kwiatów. Tak właśnie wyobrażałam sobie koniec świata.

Moją ukochaną książką w dzieciństwie były „Opowieści z Narnii”. Przeczytałam ją w wieku 6-7 lat z wielkimi plastikowymi okularami na nosie. Nigdy do niej nie wróciłam. Obejrzenie filmu odpada – zniszczyłoby moje wyobrażenie najintensywniej zapamiętanych scen. Mogłabym wrócić do lektury, ale boję się, że wyda mi się zbyt infantylna.

Po ponad dwudziestu latach ciągle mam w głowie fragment o końcu świata – bohaterowie płynęli łodzią wśród morza kwiatów.

Zupełnie jak my pływając po tajskim jeziorze Talay Bua Daeng. Morze Czerwonych Lotosów (Red Lotus Sea) znajduje się ok. 40 km na południowy-wschód od Udon Thani. Co roku w okresie zimowym kwitną tutaj miliony ciemnoróżowych kwiatów. W pełnej okazałości można zobaczyć je wyłącznie rano.
Czytaj dalej Morze czerwonych lotosów. Talay Bua Daeng. Tajlandia

Uderzyłam dziś dziewczynę. Tajski boks – dzień pierwszy i najdłuższy

5:50 pobudka. Jeszcze po ciemku i z trzema współlokatorami w pokoju, więc po omacku (macałam tylko swoje rzeczy, przysięgam) udało mi się naciągnąć leginy, ogarnąć uzębienie i znaleźć opakowanie z owocami na śniadanie.

6:30 wychodzę z domu hostelu. Po drodze obrzydliwie słodka kawa ze sklepu 7 Eleven i mapa w ręce. Trening zaczyna się za godzinę, ale mam do przedreptana ponad 3 km czyli ok 40-45 min. O ile się nie zgubię.

7:00 mijam pierwszych mnichów w pomarańczowych szatach. Każdy z nich niesie coś co wygląda jak pękaty garnek z paskiem – zbierają do tego jedzenie przekazywane za darmo przez mieszkańców.

7:20 zgodnie z prośbą przychodzę chwilę wcześniej, ale szefo, który się tym nie zajmuje w sumie w ogóle ze mną nie rozmawia i nic nie mówi. Siedzimy sobie 10 min. w ciszy. Jakiś czas temu zniknęła mi potrzeba zapełniania ciszy w takich momentach. Nie produkuję się. Czekam. Ale zaczynam się stresować, bo jestem tu sama.

7:31 przychodzi pierwsza osoba i do tego dziewczyna (yuuupii!!!!) . Kamień spadł mi z serca, jej też. „Moje prośby zostały wysłuchane, przyjechała jakaś dziewczyna, super” mówi na powitanie. Ja tez się cieszę. W czasie treningu trochę się mną zajmowała – pokazywała gdzie jest sprzęt, tłumaczyła co robimy. Czytaj dalej Uderzyłam dziś dziewczynę. Tajski boks – dzień pierwszy i najdłuższy

Spóźniłam się na samolot. Post terapeutyczny

Po 10 min. przychodzi pani i pyta czy mam usługe special assistance. Odpowiadam, że nie. A w głowie dodaję: ale chyba dziś potrzebuję. Tytuł mistrzyni skupienia się i kiedy psuje się wszystko co się da. Poniedziałkowe popłudnie. Lotnisko. Trasa Londyn-Praga.

Pierwszy raz spóźniłam się na lot. Ale pewnie to się nie zdarza, nim się po prostu zdarzy. Zrobiłam to w tak głupi sposób, że trudno mi się jeszcze przyznać sama przed sobą. Na lotnisku byłam dwie godziny wcześniej, sprawnie przeszłam do security, nigdzie nie utknęłam. Był jednak poniedziałek, komp w plecaku, zabrałam się więc za pracę. Miałam jednak nie czytać dwa tygodnie temu ebooka „Skup się”, bo poszło mi to tak dobrze, że zapomniałam, że jestem na lotnisku. Oklaski. Dziękuję.  Czytaj dalej Spóźniłam się na samolot. Post terapeutyczny

9 notatek – jak jeździć na rowerze po mieście i przeżyć

Mniej więcej rok temu porzuciłam komunikację publiczną i na dobre przesiadłam się na rower. Początki były często dość stresujące. Teraz nie wyobrażam sobie innego poruszania się po mieście.

Spisałam więc kilka najważniejszych rzeczy, które chciałabym usłyszeć przed moim miejsko-rowerowym debiutem. Inspiracją była też zeszłotygodniowa debata zorganizowana w Pradze przez REKOLA, z której pochodzą zdjęcia w tekście.

Co to są REKOLA – czytaj w tekście „Różowa napędowa. Pierwszy czeski bikesharing

dsc_1940

Pamiętaj. Jesteś uczestnikiem/czką ruchu drogowego i masz takie same prawa jak samochód – pozbądź się więc uczucia, że komuś przeszkadzasz i musisz „chować się” przyklejony/a krawężnika. Patrząc na to demokratycznie – w przeważającej większości samochodów poruszających się po mieście jest tylko jedna osoba. Samochody smrodzą i zajmują dużo miejsca, więc z mojej perspektywy rowerzysta jest bardziej „moralnie” uprzywilejowany…ale to już dyskusja na inną okazję. Ale także. Masz może takie same prawa, ale nie masz wokół siebie metalowej obudowy. Jesteś o wiele bardziej wrażliwy na wszelkie urazy. Na samochodzie nie zostanie nawet zadrapanie, ale ty możesz stracić równowagę, odrapać się lub połamać. Dlatego myśl nie tylko za siebie, ale też za kierowców.

Kilka zasad do zapamiętania: Czytaj dalej 9 notatek – jak jeździć na rowerze po mieście i przeżyć

Mózg na przejażdżce w kosmos

Są takie weekendy, kiedy zamykam się w swoim pokoju, a moja głowa odbija się od planowania i chcenia, aż do sentymentalnych wspomnień. Ogarniam wtedy moje życie, nie umiem jednak opanować mojego mózgu.

W czasie bezsennego gapienia się w sufit i zasłony, przychodzą najlepsze albo najdziwniejsze pomysły. Spisuję je, weryfikuję, czasem ze strachu odrzucam, umieszczam na liście to-do, czasem wchodzę w nie automatycznie, czasem odkładam przez następny rok. Jak każdy – walczę z motywacją, prokrastynacją, przepracowaniem i produktywnością. Ale ciągle mam nadzieję, że jak jeszcze lepiej zorganizuję to i tamto, uda się. Trzymajcie kciuki!

Wstaję jednak pełna energii. Kawa, dużo energii, żeby napierać do przodu. W sumie to latam nieco pod sufitem, towarzysko jestem dość beznadziejna. Mój mózg wyrwał się na przejażdżkę.

W głowie kolaż. Jak na zdjęciu powyżej. Skąd zdjęcia? Czytaj dalej Mózg na przejażdżce w kosmos