Archiwa tagu: Laos

Święta i Sylwester w podróży – medytacja Vipassana

Bez choinki, bez ciasteczek, bez prezentów, bez śniegu. Pierwszy raz spędziłam Boże Narodzenie solo dwa lata temu w portugalskim Porto. Miałam dość napięty budżet, więc na kolację wigilijną jadłam ugotowane w hostelu spaghetti z sosem pomidorowym, chwilę potem rozmawiałam z rodziną na Skajpie. Po biednemu? Ja byłam przeszczęśliwa.

Samotna? Bzdury – dlaczego miałabym być bardziej (mniej) samotna podróżując w Święta niż, powiedzmy, 28 marca? Czułam się wyjątkowo, bo wszystko było inaczej niż „powinno“. W dzień grzałam się na słońcu przy tanim i pysznym espresso, zwiedzałam, gawędziłam z ludźmi w hostelu, czytałam albo postowałam na fejsie. Wieczorem spacerowałam chłodnymi ulicami miasta, robiłam zdjęcia, słuchałam muzyki. A przede wszystkim podglądałam ludzi, jak w czapce niewidce byłam obok, przybysz z innego świata.

Piszę ten tekst ostatniego dnia pobytu w Laosie. Większość w kraju stanowią wyznawcy buddyzmu, więc świąt tu nie widać. Chyba, że w „międzynarodowym” banku, który przy wejściu umieścił jakiś biedny łańcuch i twarz Santa Clausa. Chyba, że w hostelu, gdzie współlokatorka obok suszących się skarpetek i majtek powiesiła dwie fioletowe bombki.

Czas dzielę między podróż i zdalną pracę. Za ponad tydzień będę w Tajlandii, konkretnie w Chiang Mai, mieście owładniętym przez obcokrajowców. Niektórzy przed czymś tu uciekają, inni nie wiedzą co zrobić z życiem, szukają definicji wolności, nowego sposobu na życie, a między tym gdzieś ja. W Chiang Mai byłam miesiąc temu na treningu boksu tajskiego, trochę się zadomowiłam, poznałam ciekawego mężczyznę. Chciałam wrócić. To wracam. Mam jeszcze kilka tygodni przed powrotem do Europy. Czytaj dalej Święta i Sylwester w podróży – medytacja Vipassana

Reklamy

Laos. Notatki z podróży

Laos to góry obrośnięte gęstą zielenią. I ruda ziemia wysypująca się kurzem na kawałek asfaltu, który podobno jest drogą do Phonsavan. Jadę lokalnym autobusem. 261 km w grubo ponad 6 godzin. Droga wije się jak zwariowana, a ja po prostu siedzę i patrzę przez okno.

Lubię długie podróże autobusem. W ciągu nocy śpię i śnię. W dzień myślę, czasem czytam (o ile na koleinach nie wbijam się głową w sufit busika). Słucham tych samych albumów po raz setny. Dosłownie. Gdybym zamiast odtwarzacza mp3 miała winyla, byłby tak zużyty i poszkrabany, że przeskakiwałby co kilkanaście sekund. Dla wielu długa podróż autobusem to męka. Ja uwielbiam. To jedna ważna składowa esencji podróży. To bufor, którego czasem brakuje, kiedy z pracy wskakuję w samolot i za chwilkę jestem gdzieś indziej.

Kilka dni wcześniej. Dopiero na dworcu w przygranicznej wiosce Huay Xai okazało się, że nocny autobus do Luang Prabang to sleeper. Jedzie się na leżąco, jest kocyk (pachnie okej, sprawdziłam) całkiem wygodnie, choć długość siedzenio-łóżek zaprojektowana dla Azjatów, nie dla średniowysokich Europejek. Pierwszy raz z takim transportem spotkałam się w Wietnamie. Wtedy jednak autobus miał na dwóch poziomach po trzy rzędy – każdy miał swoją kapsułę oddzielona od innych śpiochów przestrzenią. Tutaj dwa rzędy po dwa łóżka, więc dosłownie leży się ramię w ramię. Ja podróżuję samotnie, przez 20 min. przed wyjazdem rzucam okiem znad książki, typując z kim spędzę dzisiejszą noc. Kilka minut przed odjazdem wpada grupa turystów. Trafia mi się Belg. Ładnie pachnie, będzie dobrze.

W przejściu dopychane są bagaże – trzeba po nich chodzić, żeby znaleźć swoje miejsce. Na koniec wchodzi reszta Tajów, która wcześniej czekała przy wejściu – jadą na siedząco w przedniej części, tańsze bilety? Last minute? Zakręty wywracają ich żołądkami, a większość pad thai z kolacji ląduje w foliowym woreczku. Współczuję. I zasypiam.

Czytaj dalej Czytaj dalej Laos. Notatki z podróży