Podróżniczy #FuckUp: Białoruś

Czyli kiedy jest źle, a potem okazuje się, że to źle to jeszcze nie koniec.

Tyle razy przekraczałam granicę, przyjeżdżałam do nieznanego kraju, wyrabiałam wizy, organizowałam cały wyjazd. W końcu ma się już tą trzydziestkę na karku. Kto by pomyślał, że umiem postarać się o podróżniczy fuckup, który na długo pozostanie historią opowiadaną przy kolejnym winie.

Na Białoruś dostałyśmy się drogą lądową z wyrobionymi wizami w paszporcie. Przekraczałyśmy granicę w Kuźnicy Białostockiej na rowerach. Wszystko poszło jak po maśle – w sumie może z 30 min. w krótkich kolejkach. Nasz pierwszy i niemal jedyny nocleg pod dachem był w Grodnie, położonym od granicy 40 km.

W wielu krajach postsowieckich jest obowiązek meldunkowy. W Kazachstanie, gdzie byłam we wrzesniu 2016 r., teoretycznie też trzeba się meldować w ciagu pierwszych 5 dni roboczych, ale kiedy jednak odstałyśmy swoje pod budynkiem policji, okazało się, że pani tylko machnęła ręką i szybko nas spławiła.

Na Białorusi okres meldunkowy jest ten sam. Żeby się upewnić pytamy dziewczynę z recepcji w hostelu w Grodnie:

  • Musimy się gdzieś rejestrować?

  • Nie nie, była zmiana prawa i trzeba się rejestrować dopiero jak jesteście w jednym mieście dłużej niż 5 dni.

Więc my, że super, bajka, czad, możemy od razu rano ruszać w trasę, ewentualnie potwierdzimy jeszcze na następnym campingu.

Camping jest, ale do 10.00 rano nikt nie przychodzi po pieniądze, więc jedziemy bez płatności. Kolejny nocleg na dziko, a potem… potem to chyba o tym zupełnie zapomniałyśmy.

Przypomniało nam się przy instalowaniu w hostelu w Mińsku, dzień przed wyjazdem z kraju. Pani zrobiła wielkie i oczy

  • Trzeba się rejestrować, trzeba.

Na co my zrobiłyśmy dwie pary wielkich oczu

  • To może my jutro pójdziemy na milicję i coś załatwimy?

A po polsku dodałyśmy – takie stare, takie doświadczone, a uwierzyły jakiejś dziewczynie na recepcji w Grodnie. FAK. A może jednak źle ją zrozumiałyśmy? O matko, trzeba było iść na milicję pierwszego dnia i usłyszeć cokolwiek od urzędnika.

Pani stwierdziła, że teraz już nie ma co iść na milicję. My stwierdziłyśmy, że jakoś to będzie. Przez następną dobę albo wypierałyśmy, albo robiłyśmy sobie z tego żarty. Bo w sumie co możemy zrobić w takiej sytuacji? Mleko się wylało. Martyna wygooglowała, że wylane mleko, kara za brak meldunku, wynosi od 50 do 550 eur lub deportacja.

Do granicznego miasta Brześć dotarłyśmy późnym popołudniem. Przejechałyśmy na rowerach przez fort, zjadłyśmy kolację na trawie, kupiłyśmy wodę. Ja przewiązałam głowę chustką, bo stwierdziliśmy, że może lepiej niż wygolona jedna trzecia włosów (taki zabobon, wiem). Zwarte i gotowe podjeżdżamy pod granicę z duszą na ramieniu.

Początkiem przejścia granicznego okazały się budki, gdzie chyba rejestrowano samochody (?). Podchodzę i pytam czy na rowerach możemy przejechać obok kolejki czy mamy czekać. A pani:

  • tu nie możecie przekraczać granicy na rowerach

  • nie możemy? – szczena mi opadła, musiałam mieć naprawdę debilny wyraz twarzy

  • nie możecie – śmieje się pan

  • aha…aha… a pieszo?

  • pieszo też nie

  • aha aha dziękuję. To my spróbujemy.

Nie wiem, chyba myślałyśmy, ze da się namówić i przejść i tak, może byłyśmy w szoku, w sumie nie wiem co ja myślałam. Po kilku minutach w kolejce podchodzi do nas pan kierujący ruchem i powtarza, że na rowerach nie można. A jedyna opcja to taka, że ktoś przewiezie nas i nasze rowery w samochodzie. Rozglądam się. Same osobówki.

A potem otworzyłyśmy na chodniku centrum kryzysowe. Burza mózgów, kreatywne myślenie, pełna gotowość. Dalej podobno stoją autobusy, może ktoś nas weźmie (nikt nie czeka w kolejce). Może pojedziemy 15 km na północ, bo tam jadą TIRy (dopiero potem ktoś nam powiedział, że są zapieczętowane, a kierowca nie może nas wziąć). Może podjedziemy na przejście na południe (okazało się, że już zamknięte). Może przekroczymy granicę w pociągu – ale jest 21.00, a nasz pociąg z Terespola w Polsce jedzie po 6 rano.

Sprawdzając opcje podchodzę trzy razy do wspomnianego pana. Za trzecim on mówi do jakiegoś ziomka – a może weźmiesz dziewczyny do swojego BMW?

Koleś wyczuł biznes i od razu się zapalił. Zaproponowałam 20 usd, podbił do 100 pln, mówimy okej. Okazało się, że nie tylko ma na imię Janusz, ale jest archetypem polskiego Janusza od A do Z. Klnie, wszystko krytykuje, wszystko wie najlepiej, ma ileś domów, zajebi auto, firmy tu i tam, kasiora, opony za kilkanaście tysięcy, znajomych wszędzie, dupę 30 lat młodszą, dużo seksu, wszystko wiemy.

Spędziłyśmy z nim 5 godzin na granicy, więc wiemy. Wszystko wiemy.

Gdybym jechała z Japończykiem, byłby dla mnie mniej egzotyczny niż ten nasz Janusz. Nawet nie wkurzało mnie nic co mówił, spływało, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, że tacy ludzie istnieją. Na szczęście po 2h włączył muzę i przestał pierdzielić.

Dwie godziny staliśmy w kolejce do białoruskiej granicy. Dwie godziny stresu, nawet pić mi się nie chciało. Dwie godziny myślenia „jakoś to będzie, jakoś to będzie“.

Pamiętam moment, kiedy siedziałam koło północy w aucie, a na wielkiem billboardzie nad przejściem wyświetlano komunikat o obowiązku meldunkowym.

  • Widziałaś? – mówię do Martyny, kiedy Janusz idzie do kolegi chować kartony fajek przy uzyciu głośnej taśmy klejącej. Nie jest wtajemniczony w nasze ewentualne problemy.

  • Widziałam.

  • Najwyżej poprosimy o deportację, co?

A po dwóch godzinach podejście do budki. Janusz wita się z wopistą. Patrzy na mnie, sprawdza zdjęcie. Dźwięk pieczątki. Jeden wydech. Patrzy na Martynę. Dźwięk pieczątki. UDAŁO SIĘ!

Do dziś nie wiem czy nikt na to nie zwraca uwagi czy miałyśmy fuksa czy może znajomość z Januszem pomogła. Potem jeszcze trzy godziny czekania na drugą granicę, ale UDAŁO SIĘ. Może jednak nazbierałyśmy sporo dobrej karmy?

Dobry moment przyszedł po wjechaniu do Polski. Janusz wyrzuca nas na parkingu przy zajeździe. Jest 1.30 lokalnego czasu (czyli 2.30 na Białorusi). Dajemy mu 25 usd.

  • to 90 pln i jeszcze 10 pln – mówi Janusz. A ja UMARŁAM. Najpierw opowiada jaki jest sprytny i kasiasty. A potem czepia o 10 pln? Tymbardziej, że to była kwota umowna, a nie 100 pln, które za nas wyłożył. Archetyp Janusza żyje 100 km od Terespola, believe me.

Potem już tylko krótka jazda na rowerach na dworzec i pokimiwanie po godzince czy dwóch na ławce, w pociągach. Z pociągu wysiadamy w Zebrzydowicach i jedziemy jakieś 15 km do Cieszyna. Piękna pogoda, piękne zmęczenie i symboliczne pożegnanie na cieszyńskim rynku.

Reklamy

4 myśli nt. „Podróżniczy #FuckUp: Białoruś”

  1. gratulacje dziewczyny! #doitlikeagirl! 🙂 myślę, że Janusz mógł sprawić, że ta 100 zł poszło do niego zamiast do miłych panów na przejściu za brak meldunku 🙂 dobrze, że jest dobrze!

    1. haha i dobrze, bo ja nie umiem dawać w łapę…choć w sumie jestem pewna, że teraz wszędzie na przejściach są kamery i coś takiego nie jest możliwe:) Co tam podróż do Omanu czy Jordanii, Janusz to jest EGZOTYKA!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s