Jeśli nie umrę na rowerze w Tajlandii, będę żyła wiecznie (bo do Wietnamu się nie wybieram)

Nie wiedziałam, że miesiące praktyki jako pieszy (piesza) w azjatyckich krajach przydadzą się w czasie jazdy w ruchu. To temat rzeka. Bo wyobraź sobie chmarę skuterów w Wietnamie. Nie dziesięć, ale 50 sunących nieprzerwanym nurtem w rzędach po 7-13 czy na ile pozwoli szerokość jezdni. A potem jesteś Ty. I jedyny sposób, żeby przejść to wejść w tę chmarę z duszą na ramieniu. A dusza podpowiada „nie zatrzymuj się, wtedy będą zaskoczeni i w Ciebie wjadą, idź płynnie, to elegancko Cię wyminą 10 cm od stopy”. Nie należę do cykorów, ale w Sajgonie czy Hanoi było to na tyle przerażające, że przez cały dzień starałam się przechodzić przez ulicę jak najmniej. Poważnie. W Tajlandii jest mniej hard-corowo, ale przechodzenie przez ulicę podsumować można jednym wyrażeniem „wymuszanie pierwszeństwa”. To jedyny sposób. Trzeba po prostu zaznaczyć z przytupem swoją obecność i nie odpuszczać. W rezultacie okaże się, że to łatwiejsze niż się wydaje (do pierwszego wypadku).

Od kilku dni pomykam między skuterami i samochodami na wypożyczonym seledynowym rowerze z łańcuchem tak zardzewiałym, że mógłby pożyczać pigmentu zachodom słońca. Jest wiatr we włosach, za którym fanatyczne tęskniłam, niezależność i najlepszy punkt widzenia. Póki co nie widziałam jeszcze ani jednego znaku drogowego, może źle patrzę, może przyćmił go fakt, że jakieś tam zasady ruchu drogowego stosuje się tutaj z dużą dozą dystansu. Nie mam zielonego (seledynowego) pojęcia jak w ciągu kilku minut zżyłam się z tą dziwną falą pojazdów. Naśladując Tajów robię manewry, na które nigdy bym sobie nie pozwoliła w Pradze. A jeśli już, to zostałabym solidnie wygwizdana przez wszystkie pojazdy w promieniu 500 m.

20161124_101151

Na skrzyżowaniu równoległym (czyli chyba wszystkie w Chiang Mai) pierwszeństwo ma ten kto się zmieści. Wjeżdżanie na czwartego to standard, ale zwalam to na popularność skuterów i motorów, które po prostu zmieszczą się obok siebie. Zatrzymywanie się na czerwonym świetle? A po co, skoro skręcam w lewo i nie ma akurat wmuszającego się na jezdnię pieszego? Najbardziej rozwala mnie, że włączając się do ruchu często w ogóle nie popatrzą co dzieje się za nimi. Może to wrodzona tajska intuicja, a może to ten na drodze powinien z zasady uważać na wjeżdżających równolegle/z boku? Wczoraj jeden tuk-tuk wyprzedzi mnie tylko po to, żeby 5 m dalej zaparkować.

Trochę się podśmiewuję, ale według statystyk tajskie drogi należą do niebezpiecznych – głównie ze względu na liczne wypadki z udziałem skuterów/motorów. To bardzo praktyczny środek do przemieszczania się w ciepłych krajach, problem polega na tym, że może osiągnąć sporą prędkość, a pasażera nie chroni gruba blacha.

Jak mogę coś doradzić to – uważać. W Malezji pośliznęliśmy się kiedyś z kolegą na piasku na parkingu (prędkość minimalna!) spadłam jednak na asfalt kolanem. Nie było szycia, ale wyglądało dość paskudnie. Najgorsze, że ze względu na dużą wilgotność powietrza, w tutejszym klimacie rany goja się w ślimaczym tempie (i trochę ślimakowo wyglądają). Po dwóch tygodniach łażenia z raną, która nawet nie chciała się zasklepić i zastrupować, wylądowałam w aptece, gdzie dostałam specjalny opatrunek. Nie mówiąc już o złamanej nodze, która znajomego Włocha kosztowała 10 tys. euro.

20161124_101101

Reklamy

2 myśli w temacie “Jeśli nie umrę na rowerze w Tajlandii, będę żyła wiecznie (bo do Wietnamu się nie wybieram)”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s