Święto Loy Krachtong. Choć moje życzenia się raczej nie spełnią

Zaznaczyłam datę w kalendarzu już dawno – to było trzecie tajskie święto, w którym będę mogła uczestniczyć! Miało być romantycznie i duchowo. I byłoby. Gdyby wieczorem nie zaczęło wiać.

Jedno z wielu ruchomych tajskich świąt wypada zawsze w czasie pełni dwunastego miesiąca tajskiego kalendarza – zwykle w listopadzie. Największe i najbardziej znane obchody organizowane są w Chiang Mai i w Bangkoku, ale w wielu miasteczkach ludzie też pielęgnują tę tradycję, tyle, że bez turystycznej pompy.

Na mnie trafiło na wyspie Koh Samui. Obchody zaczęły się po zmroku nad miejscowym jeziorem. Nie były w żaden sposób zorganizowane – nad wodą pojawiły się wózki z przekąskami i stoiska, na których na bieżąco przygotowywane są specjalne „stroiki” (za ok 80 bathów).

Loy Krachtong znaczy dosłownie „spławianie małych tratewek/koszyków” i to jest istotą wieczora. Niektórzy mówią, że spławiając koszyk na wodzie powinno po cichu wymówić życzenie, wielu Tajów cicho się modliło. Inni tłumaczyli mi, że w ten sposób pozbywamy się złych duchów. W Chiang Mai Loy wygląda nieco inaczej – wypuszczane są w niebo lampiony, działające na takiej samej zasadzie jak balon.

Koszyk/stroik wykonany jest z pnia bananowca, nieco większego od dłoni. Ozdabia się go w różny sposób przy wykorzystaniu liści tego samego drzewa i kwiatami – papierowymi i żywymi. Obowiązkowym elementem jest świeczka i trzy patyczki (czytaj dalej:)). Do środka stroika wkłada się kosmyk włosów i kawałek paznokcia właściciela/cielki.

Jak dla mnie brzmi nieźle – już wyobrażałam sobie taflę jeziora pokrytą małymi punkcikami świeczek. Nade mną wielgachny księżyc. W torbie chrzczone wino z 7 Eleven*. Francuskie towarzystwo. Ciepły wieczór. Czego chcieć więcej?

Szkoda, tylko, że pod wieczór nieco się rozwiało, a zamiast morza świeczek było morze niewyraźnych punkcików. Musiałam jednak dokończyć dzieła. Wkładając moja bananową tratewkę niemal nie utopiłam okularów. Chwilę po „wypłynięciu” zdałam sobie sprawę, że te trzy patyczki to kadzidełka, które też trzeba zapalić. Mój stroik zgasł po kilku minutach, a potem przykleił się do niedostępnego brzegu.

Dobrze, że nie wierzę w takie rzeczy.

dsc_1943

*7 Eleven to bardzo, ale to bardzo, popularna sieciówka sklepików z artykułami pierwszej potrzeby. Niezależnie, gdzie jesteś, na pewno w promieniu 50-100 m jest jakaś siódemeczka.

dsc_1942

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s