Spóźniłam się na samolot. Post terapeutyczny

Po 10 min. przychodzi pani i pyta czy mam usługe special assistance. Odpowiadam, że nie. A w głowie dodaję: ale chyba dziś potrzebuję. Tytuł mistrzyni skupienia się i kiedy psuje się wszystko co się da. Poniedziałkowe popłudnie. Lotnisko. Trasa Londyn-Praga.

Pierwszy raz spóźniłam się na lot. Ale pewnie to się nie zdarza, nim się po prostu zdarzy. Zrobiłam to w tak głupi sposób, że trudno mi się jeszcze przyznać sama przed sobą. Na lotnisku byłam dwie godziny wcześniej, sprawnie przeszłam do security, nigdzie nie utknęłam. Był jednak poniedziałek, komp w plecaku, zabrałam się więc za pracę. Miałam jednak nie czytać dwa tygodnie temu ebooka „Skup się”, bo poszło mi to tak dobrze, że zapomniałam, że jestem na lotnisku. Oklaski. Dziękuję. 

10 minut wcześniej i i wpuściliby mnie. Zamiast tego w pełnym szoku, skupieinu i crisis solving, rzuciłam się do kompa, żeby kupić bilet na 6:30 rano. Jest. Ostatni! Jedna karta jednak nie działała (wszędzie indziej śmiga okej, więc nie wiem co się stało), więc udało się dopiero za czwatym podejście i drugą kartą. Nie muszę mówić, że kosztował ponad 300 PLN? Dwa razy więcej niż bilety w obie strony na trasie Praga-Londyn. Potem szybki check-in online. Kolejny krok – potrzebuję boarding pass.

Bardzo miły pan w Ryanair info mówi, że skoro jestem już przy gate’ach, a nie mam karty pokładowej, to za darmo wydrukują mi w czasie boardingu. Dobrze wiedzieć, super! Po godzinie okazało się jeszcze, że część za kontrolą bezpieczeństwa zamykają od północy do 3 rano, więc muszę wyjść. Wydostać się stamdtąd nie tak łatwo. Czuję się jak największy loser w Londynie, który został sam na wielkim lotnisku. Wyprowadza mnie przemiły starszy pan z obsługi lotniska, który podzielił się ze mną wszystkmi przydatnymi informacjami – kiedy kolejna do security jest najmniejsza, gdzie napić się kawy i zjeść śniadanie.

Ciagle jednak muszę rozwiązać problem karty. Bez niej nie dojdę nawet do kontroli bezpieczeństwa. Ściąganie aplikacji Ryanaira, żeby mieć boarding pass na telefonie. W połowie ściągania skończył się darmowy internet. Opłata za korzystanie 9 funtów (43 zł). Wymyśliłam, że poczekam do północy i może znowu będzie net. Download musiałam ręcznie zatrzymać, bo zżerał baterie. Po północy net dalej nie działał. Poszłam kraść ten z autobusów na dworcu, który jest przy Stansted. Ściąganie aplikacji nie działa. Kapa. Późno zmęczona bleh.

Ktoś powiedział mi, że można drukować przy samoobsługowych komputerach. Przyjmują tylko gotówkę. Kantor bierze zamiast 30czk za funta, 40 czk. Bankomat 35. Wybieram najmniejszą kwotę czyli 10. Chodzę, żeby rozmienić. Przchodzę do kompa i okazuje się, że nie ma tam wejścia USB, a ja nie zdążyłam dać boarding passa z kompa na maila. Pierwsza w nocy, chce mi się beczeć.

W końcu znalazłam punkt info, gdzie za „jedyne” 5 funtów czyli 20 zł. Ale jestem szczęśliwa. Na tyle, że zapominam telefon. Na szczęście 5 min. potem mam go.

Jest pierwsza. Muszę wstać po 3. Na Stansted nie ma w Departures ani jednej ławki. Kładę się więc na jedynym wolnym „kaloryferze” koło działu „special assistance”. Jest zimno, ale układam się do drzemki. Po 10 min. przychodzi pani i pyta czy mam usługę special assistance. Chciałam powiedzieć, że nie. I dodać, ale chyba dziś bardzo potrzebuję. Pani nie wyglądała jakby miała ochotę na żarty o wpół do drugiej w nocy. Muszę się zwijać. Jedyna opcja to bardzo zimna podłoga w przeciągu – zwinęlam się w czapce i płaszczu na bluzie i opakowaniu od laptopa. „Byle nie zaspać”. Fajny nocleg za 85 funtów. Yupi.

Potem wszystko idzie już jak po maśle. W samolocie spałam tak mocno, że nie czułam jak wznosimy się i lądujemy. Została mi tylko mała schiza pt never again. Powiem Wam jedno – nie spóźniajcie się na loty.

Reklamy

6 myśli nt. „Spóźniłam się na samolot. Post terapeutyczny”

  1. W swojej karierze zawodowej spotkałam się z grupką osób lecących na wycieczkę objazdową po Kubie. Po zdaniu bagaży wrócili do przylotniskowego hotelu, gdzie nocowali, żeby zjeść śniadanie (wcześniej restauracja była jeszcze zamknięta). Śniadanie w cenie noclegu, a nie chcieli przepłacać za posiłek za bramkami. Nie muszę chyba dodawać, że po tym hotelowym śniadaniu już nie zdążyli się przebić przez security przed odlotem samolotu. Bilet na drugi dzień wyszedł trochę więcej niż 300 zł czy koszt lotniskowego śniadanka. Nie jest z Tobą Katarzyno jeszcze tak najgorzej! Shit happens a wnukom będzie co opowiadać 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s