Przygoda życia. Czego nauczyło mnie harcerstwo

Mam 17 lat i pierwszy raz polecę samolotem. Jest rok 2003 i o Ryanairze jeszcze nikt nie słyszał. Samoloty są dla dzianych albo biznesmenów, komórki dopiero zaczynają być popularne, a ja lecę nie byle gdzie – z dwoma przesiadkami aż do amerykańskiej Minnesoty. Nie mam nawet pojęcia kto odbierze mnie z lotniska. Wiem tylko, że będzie to przygoda życia.

W Stanach spędziłam dwa tygodnie u amerykańskich rodzin i dwa tygodnie na niesamowitym obozie canoe, który odbywał się na niemal dziewiczym krajobrazie przepięknych jezior na granicy z Kanadą – Boundary Waters Canoe Area Wilderness. To teren w zasadzie bez cywilizacji – zakazane są tu łodzie motorowe, samoloty i helikoptery tylko ponad minimalną wysokość, nie ma pól kempingowych, schronisk, domów, dróg nic, tylko miejsce na palenisko i „toaletę” (nie mamy jak zabrać zbyt dużo papieru, więc tydzień podcieramy się liśćmi). Przerwa na lunch w Kanadzie, nocleg w Ameryce. Na noc jedzenie podwiesza się na drzewie – misie może są słodkie, ale tylko z daleka.

A pośrodku tej zieleni i wody MY. Trzy megacieżkie canoe, dwa ogromne plecaki z jedzeniem dla nas wszystkich na dziesięć dni, dwie przewodniczki, sześć dziewczyn z różnych amerykańskich stanów i ja, siedemnastoletnia Polka. W niewielkich bagażach dwa komplety ubrań – mokre i suche, namioty, folia do spania (na karimaty nie było miejsca). Rozległa kraina jezior i brak zegarków – wystarczy nam słońce.

  • Dlaczego w Ameryce skauting jest podzielony na męski i żeński? Przecież to nie ma sensu, w społeczeństwie żyjemy obok siebie, to sztuczny podział – pytałam kiedyś jednej z liderek.

  • Jest w tym dużo racji. Ale z drugiej strony wyobraź sobie sytuację, że musimy, tak jak wielokrotnie w czasie wyprawy, przenosić te megacieżkie canoe między jednym i drugim jeziorem. Do tego 20kg plecaki z jedzeniem. Gdyby byli chłopcy, część dziewczyn powiedziałaby, że nie da rady i poprosiła o pomoc. Część chłopców brałoby to za swój obowiązek. A tak każda z nas bierze na plecy canoe, przewraca się, sapie, poci się, ale daje radę. To daje wewnętrzną siłę.

Bywało ciężko. Czasem nie miałyśmy sił wiosłować, albo lało i było tak zimno, że całą noc przytulałyśmy nasze niedomyte ciała w namiocie, najfajniejszą pobudką nie zawsze było wkładanie stóp do mokrych lodowatych butów, a poranki bez kawy były jednym z większych wyzwań (musiałam przed wyjazdem przejść odwyk…).

Nikt nie marudził, nikt nie płakał, broń boże nikt się nie kłócił czy docinał sobie. Była bliskość obcych sobie ludzi, których łączyło choćby jedno: „bycie skautką”. Była bliskość natury, gwiazdy nad głową, twarda ziemia pod tyłkami, zapach kolacji gotowanych przy gorącym ognisku. Były opowieści o tym, że w Nowym Jorku często nie widać gwiazd, a rodzice Nory pracują w CIA, albo z czym najlepiej jeść masło orzechowe.

To była przygoda życia. Wspaniały czas, który miał pośredni wpływ na wiele decyzji w przyszłości.

A co do tego ma harcerstwo? Za miesiąc w Stanach zapłaciłam tyle, co za wizę (ach te gigantyczne kolejki w konsulacie w Krakowie) i jakieś pieniądze kieszonkowe. Nie czarujmy się – bez zaproszenia amerykańskich skautek posłanego do polskiego ZHP nie mogłabym sobie pozwolić nawet na bilet lotniczy, nie mówiąc o całej wyprawie. To z tych kwestii praktycznych.

To tylko jedna z harcerskich historii. Mogłabym je mnożyć w nieskończoność.

A jeśli myślisz, że harcerstwo to tylko bieganie w krótkich gaciach po lesie to bardzo się mylisz. Podam więc inny przykład. W wieku 16-20 lat organizowałam duże imprezy nawet na 100 osób, kilkutygodniowe obozy czy koordynowałam projekt ze skautkami z Wielkiej Brytanii. Zajmowałam się PRem przy Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, brałam udział w planowaniu pracy całego hufca, uczyłam się jak prowadzić szkolenia i prowadziłam szkolenia. Całkiem życiowe i przydatne rzeczy, prawda?

Poza tym podróżowałam. Do końca liceum przemierzyłam setki kilometrów po całej Polsce – pieszo, „boskim” PKP, na rowerach, PeKaeSem. Zobaczyłam góry, zwiedziłam wybrzeże, większe polskie miasta.

Poznałam też wspaniałych ludzi, z którymi spędziłam bardzo dobre dni, tygodnie, miesiące czy lata.

I tak, są rzeczy bardzo słabe w harcerstwie. Choćby mundury – kiedy patrzę na zdjęcia z 2016 r. nie mogę się nadziwić, że przez 8-10 lat, kiedy nie jestem już tak aktywna, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nadal są brzydkie i niepraktyczne. Obciachowe, serio. Do tego straszna musztra i dziwne piosenki, oj tak, a także dziwne drużyny i środowiska, które jakby zapomniały, że jest XXI w. i że harcerstwo to nie małe wosjko.

Tylko, że mundur nie jest najważniejszy w harcerstwie. Ale to co pomiędzy ludźmi. Poczucie wspólnoty, przyjaźnie, tolerancja, praktyczne umiejętności, uczenie podejmowania wyzwań, uczenie wiary we własne siły – można by wymieniać długo.

A czemu akurat dzisiaj? 22 lutego na całym świecie obchodzone jest święto przyjaźni – Dzień Myśli Braterskiej.

I kilka zdjęć na dobre czasy!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s