Sylwester? Brrr ugh

Lubię koniec roku. Symboliczne granica. Podsumowania. Planowanie. Marzenie. Ale Sylwestra zdrowo nie cierpię.

Jest coś co do kości drażni mnie w Sylwestrze. Ten pi-ar, który określa 31 stycznia „najlepszą imprezą roku”. Trzeba mieć mega kreację (w której będzie super zimno w czasie spaceru między klubami czy na fajce w czasie imprezy), najlepszą fryzurę (która będzie rozwalała się wprost proporcjonalnie do najebania) i wyjątkowe miejsce do świętowania (które kosztuje trzy raz więcej niż wyceniłby to zdrowy rozum). Ratunku.

A co jeśli nie mam ochoty imprezować. Albo nie mam z kim. Albo po prostu nie lubię się świetnie bawić kiedy muszę się świetnie bawić. Tak, może ta wewnętrzna przekora. Ale też przekonanie, że nie jestem sama. Serio, lubicie sylwestrowe imprezy?

No i nawet jeśli ktoś się postara, zrobi wszystko, żeby przeżyć najbardziej szaloną noc w roku, u mnie zawsze pozostaje jakiś taki zawód, jakiś lekki niedosyt, że to po prostu taka zwykła impreza. A może po prostu za często wychodzę w ciągu roku, żeby docenić wyjątkowość tej nocy?

Faktem jest, że od wielu wielu lat bojkotuję typowe świętowanie końca roku. Najfajniej było chyba z 10 lat temu w Krakowie. Maraton filmowy w Kinie pod Baranami – jeden nowy film przed, potem przerwa na toast, dwa filmy po. I pozamiatane. Bosko! Pamiętam, że kilka lat temu byłam chora i przespałam całe to odliczanie. Byłam też kiedyś na samotnym spacerze z aparatem na praskim wzgórzu Vitkov i przyglądałam się trzeźwo całemu temu szaleństwu.

W tym roku pojechałam do Ołomuńca na casual mini imprezę u znajomych. Polski alkohol, wegańskie i wegetariańskie jedzenie, zamiast fajerwerków zimne ognie, absurdalne opowieści, a nawet dziwne gry. Nieco po 23 udało mi się namówić wszystkich na uroczyste otwarcie szampana i składanie sobie noworocznych życzeń. Północ przebiegła więc bez przymusowych zakłóceń.

A postanowienia? Niekoniecznie. Wolę nazywać je planami. Od kilku lat zamiast w listę, bawię się w mapę myśli. I tak, popełniam znane mi błędy, prawie zawsze piszę zbyt ogólnikowo, za mało szczegółowo, ale często są mnie są po prosto kierunkiem, w którym chcę iść.

Z wielu względów nie jestem fanką coachingu i propagandy sukcesu, ale z tekstu w Wysokich Obcasach można wyciągnąć kilka fajnych myśli.

Północ na wzgórzu Vítkov w czeskiej Pradze, 2013/2014

dsc_0849

dsc_0908

dsc_0871

dsc_0895

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Sylwester? Brrr ugh”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s