gorące romanse na skraju lodowca

Gubię godziny, dni, czasem nie wiem czy jest czwartek czy może dopiero niedziela, bo przecież wolne było w tygodniu, a pracowałam w weekend. Lub na opak. Czas podzielił mi się przypadkowo na pół – przed i po wizycie znajomych.

Jednego czerwcowego dnia jechałam z zip-line na rowerze do domu (to tylko 500 m, ale tak szybciej) i nagle mnie olśniło. Zorganizujmy koncert. Przyjeżdża Żanet, załatwimy gitarę, rozwiesimy plakaty i przynajmniej coś się będzie działo w tej mojej cudownej dupie świata.

Zanet

Ale po kolei

Widzicie to zdjęcie na samej górze? Podobno tak wyglądam, kiedy po ponad miesiącu widzę moje najbliższe praskie znajome (przyjaciółki brzmią jakoś pretensjonalnie, nie?). One zresztą też przyjechały z wielkim bananem na twarzy – po siedmiogodzinnej podróży autobusem i promem przez norweskie doliny, fiordy, wzgórza i tunele. W plecakach miały gadżety dla mnie – pastę do tajskiej zupy tom kha, sojowe kostki, sos chilli, magnez w tabletkach, netbooka i wódkę.

Dwa litry, bo stwierdziły na lotnisku, że przecież jeden to mało na kilka dni. Mamo, spokojnie, w rzeczywistości zostałam z jedna pełną wielką butelką, którą najchętniej sprzedałabym jakiemuś Norwegowi – dla niego tanio, dla mnie z przebiciem. Ale trochę się boję, że jak dam ogłoszenie w grupie na Facebooku to do 12 godzin pod domem zjawi się jakiś specjalny oddział norweskiego urzędu, który poinformuje mnie, że za nielegalną sprzedać alkoholu dostaję horrendalną grzywnę, nakaz przeprosin w lokalnej gazecie i zakaz wjazdu do kraju. Może trochę przesadzam, ale sprawy barowo-alkoholowe mają tu mocno restrykcyjne. Jakikolwiek alkohol mocniejszy niż piwo można kupić wyłącznie w sklepach monopolowych, na które, o ironio, monopol ma państwo.

Dziewczyny przywiozły wreszcie trochę słońca, nową energię, język polski i jakiś inny paralelny świat, który wydawał mi się niemal innym życiem. To jakby oglądać jeden film, wyciąć z niego dwóch bohaterów, i przekleić do zupełnie innego filmu. Piękne, ale dziwne, prawda?

W stronę lodowca

Piątek o poranku, czyli ok. południa. Buty, woda, kije, czekolada, kanapeczki i uderzamy w stronę lodowca, a dokładniej do górskiej chaty o nazwie Flatbrehytten należącej od kilku pokoleń do rodziny Andre, u którego mieszkam (to ten od helikoptera). Położona na 1000 m n.p.m. jest przede wszystkim punktem wypadowym wypraw na lodowiec.

DSC_0924 (Large)

Po jakiś dwóch godzinach drapania się pod górę dochodzimy do końca doliny, za zakręt, a tam pojawia się cudo:

DSC_0932 (Large)

DSC_0939 (Large)

DSC_0935 (Large)

DSC_0934 (Large)

W czasie wyprawy powstał także nasz epicki film o tym, jak tak naprawdę wygląda robienie sobie wzajemnie zdjęć w czasie wycieczek. Zdjęć w konstelacji ja plus ładny dom/wodospad/lodowiec unikam jak ognia, ale myślę raz się skuszę, w końcu nie mamy z dziewczynami prawie żadnych wspólnych zdjęć. I co? Zamiast serii zdjęć, na których będziemy wyglądąć pięknie i ponętnie – zrobiło się to… chciałabym także zauważyć, że w czasie sesji na tle lodowca, niemal nie widać lodowca.

IMG_20150717_152553 (Large)

Żanet gra

W sobotę wieczorem koncert. Przyjechało ponad trzydzieści osób i w ten sposób kawiarnia na farmie była wypchana po brzegi. Większość stałych bywalców znam już z widzenia z wcześniejszego środowego koncertu w hotelu:

  • tzw. sekcja Joker czyli pracownicy sklepu spożywczego Joker, których znam z widzenia z kasy.

  • fajni Szwedzi pracujący w Muzeum Lodowca, którzy znikają po pierwszym małym piwie (pewnie nikt im nie zaproponował następnego za free, tak jak nam)

  • J., ok. 40 lat. Chyba hydraulik. Singiel, co obwieszcza na profilu FB memem „Im single. And you have to be fucking awesome to change that”. Oprócz tego wśród zdjęć profilowych – zdjęcie jak sika (bez ciała) oraz nagie zdjęcie na śniegu (tylko jeden punkt przykryty jest telefonem komórkowym). Podrywa wszystkie nowe laski. Mnie tez krzycząć do mnie „Kaisu”. „Kaisu to ta druga blondyna” powtarzam trzy razy (słownie: trzy razy).

  • M. (pierwsze litery imienia pojawiają się nie jako wyraz szacunku dla anonimowości, ale nie zapamiętałam imion wystarczająco dokładnie). w lecie pracuje w Muzeum, mieszka z rodzicami i całą zimę gra w playstation. Podrywa każdą nową laskę. Mi akurat bez żenady zaglądał w dekolt.

  • Zawsze pijany T., który po koncercie siada koło mnie i bełkocze: kupisz mi Jagermeistra? Ja: a niby czemu miałabym ci kupić? T: dam Ci pieniądze. Chwilę potem okazało się, że w ciągu może 90 min. wypił dwa piwa i chyba z 7 małych shotów z Jagermeistrem i Andre, który na tę okazję zamienił się z farmera w barmana, odmówił sprzedawania mu więcej alkoholu.

  • Norweg o nieznanym imieniu, który bardzo chciał się integrować, ale chyba nawet nie krył się z tym, że po prostu nie jest za mądry

  • dwie rodziny z dziećmi, które zniknęły w pokojach na górze zaraz po koncercie

  • miła para norwesko-włoska, która zniknęła zaraz po tym, jak dopadł ich wiecznie pijany T.

Mam nadzieję, że poniższe przykłady ostudziły pytania moich znajomych o gorące romanse w mieście liczącym 285 mieszkańców (plus garstka pracowników sezonowych).

Reklamy

Jeden komentarz na temat “gorące romanse na skraju lodowca”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s